VI Kesshite ni meiyo o ushinaimasu


Aby nigdy nie stracić honoru


 „Lepiej umrzeć stojąc, niż żyć na kolanach” ~ rosyjskie przysłowie

- Gdzie tak pędzisz?!
Odwracam się, a na mojej twarzy wykwita delikatny uśmiech, gdy widzę jak biegnie w moją stronę, zatrzymując się tuż obok. Emanuje od niego ta błogość, którą mnie tak urzekł i robi to nadal. Zagryzam dolną wargę, kiedy tylko przypominam sobie, dlaczego biegłam. Coś ściska mnie w klatce piersiowej na samą myśl o tym, co muszę mu powiedzieć, a co dopiero o tego realnym dokonaniu.
- Ja… ja nie mam wiele czasu - odpowiadam w końcu, plącząc się. W głowie mam mętlik, choć w ogóle tego nie ukrywam. Pozwalam mu patrzeć. Lubię wiedzieć, że niczego nie muszę ukrywać, i dopiero, kiedy właśnie zdaję sobie z tego sprawę, dochodzę do wniosku, że chyba to jest jedną z przyczyn mojego upadku.
Bo upadłam, choć wciąż stoję.
- O czym mówisz? - Przeczesuje włosy ręką, a ja znów się uśmiecham. Tak skrycie, delikatnie, tak tylko dla niego. Obdarowuje mnie tym samym.
- Muszę wracać, mojej wiosce grozi niebezpieczeństwo - kłamię prosto w twarz, czując, jak nienawiść do samej siebie niebezpiecznie szybko kiełkuje w moim wnętrzu. Sumienie protestuje, bo wie, że on mi uwierzy.
Uwierzy, bo kocha.
- Ale jak to? - Marszczy brwi. - Tak nagle?
Stoimy na małym moście. Mijają nas nieznajomi ludzie w większości niezwracający na nas uwagi. Czasami tylko ktoś rzuca mu spojrzenie spod rzęs, nie zawsze przychylne, choć on wcale na nie nie zasługuje. Zasługuje na zdecydowanie więcej, niż mógłby tu dostać. Za to na pewno ja nie zasługuję na niego. Nadszedł czas, aby i on się o tym przekonał.
- Sam wiesz, jak to jest. Nie mam wyboru. - Bo nie mam, ale przecież on wcale nie musi znać całej prawdy. - Miałam teraz szybko spakować ciuchy i przyjść do ciebie, żeby się pożegnać. - Widzę, jak zaciska szczęki i spuszcza wściekły wzrok, maltretując nim drewniane deski.
Chcę mu powiedzieć, że jeszcze nie doszedł do mnie fakt mojego odejścia, że jeszcze nie do końca rozumiem to, że mam go opuścić, zostawić, że ma zniknąć z mojego życia. Może na zawsze. Chyba nie chcę o tym myśleć. Odrzucam to na dalszy plan, lecz im więcej czasu mija, tym ten plan staje się mi bliższy. A ja tak bardzo nie chcę figurować w jego wspomnieniach jako zwykły epizod. Sam tyle razy zarzekał się, że mimo wszystko ze mnie nie zrezygnuje. Dotrzymuje obietnicy. To ja bezwolnie, bez wyboru rezygnuję z niego.
- Wiedziałem, że to kiedyś nastąpi, ale na pewno nie przygotowałem się na dzisiaj.
Opiera się o barierkę, wpatrując w wolno płynący, krystalicznie czysty strumień przepływający przez całe miasto. Jego plecy naprężają się, uwydatniając wypracowane ciężkimi treningami mięśnie, a ściągnięta w grymasie twarz zostawia dotkliwy ślad w mojej pamięci, która umożliwi mi późniejsze życie, dając możliwość powracania do okresu spędzonego w tym miejscu. To moje najcenniejsze wspomnienia, nie mogę ich stracić.
- Ja też nie - odpowiadam cicho z widocznym bólem.
Spuszcza głowę i wzdycha cicho.
Jest starszy o kilka lat, a mimo to nie znalazłam na świecie nikogo prócz niego, kto rozumiałby mnie tak bardzo, nie zadawałby niepotrzebnych pytań, a znał niezbędne odpowiedzi. Stanowi wyjątek. Wiem o tym, jednocześnie pozwalając mu wyswobodzić się z własnych sideł. Ta niemoc cholernie mnie niszczy.
- To ma być tyle? Po prostu znikniesz? - pyta, a ja chcę płakać. Chcę rozpłakać się przy nim, pokornie przyznać się do porażki, lecz tego nie robię. Nie mogę ranić go jeszcze bardziej. Nie mogę.
- Wiesz, że gdybym mogła, zostałabym tu na zawsze. - Dotykam jego dłoni, a on wzdryga się i bez słowa przyciąga do siebie, obejmując ramionami. Pozwalam sobie rozpaść się w tym uścisku, nacieszyć się nim tak, aby nigdy więcej go już nie pragnąć, choć wiem, że to niemożliwe.
Dużo wiem, a tak mało z tą wiedzą robię…
- To zostań - mówi prosto w moje włosy. Czuję jego ciepłe usta przy skroni, ostatkiem sił walcząc, aby nie pozwolić łzom znaleźć ujścia. - Mój klan jest wpływowy. Upozorujemy twoją śmierć, damy nową tożsamość, nowe życie.
Tak brzmi raj, mam go na wyciągnięcie ręki. Myślę o tym, marzę i zakochuję się znowu, na nowo. Niedościgniona idylla jest tuż obok, tym bardziej, że jego słowa wcale nie należą do kategorii nierealnych. Ta świadomość uderza we mnie, pozbawiając na chwilę oddechu.
Mogłabym… Mogłabym tak wiele. To miejsce jawi się mi jako dom, którego nigdy nie miałam, jako oaza, w której on na mnie czeka. Nazwana jego imieniem. Chcę w niej zostać.
- Nie mogę zostawić swojego ojca. Od tej misji zależy nasz los - mówię, a szloch targa mną, walcząc z jego klatką piersiową, w której jego serce bije na alarm, zderzając się z moim tuż obok. Oba płaczą, choć nikt prócz nas ich nie słyszy.
- I tak mieliśmy uporać się z Orochimaru. To tylko kwestia czasu, kiedy ruszymy na D…
- Wiesz, że to nie prawda - odpowiadam zaciskając powieki i pięści na jego podkoszulku. - Uchiha stoją na skraju upadku.
- Trzeba upaść na dno, aby się od niego odbić, mała - mówi, a ja uśmiecham się przez łzy.  
- Upadłam już wystarczająco dużo razy.
- Zawsze będę obok, żeby podać ci rękę. Nie martw się.
Płaczę jak dziecko. Jestem nim. Darzę go uczuciem tak silnym, jak tylko ufne dzieci potrafią. Nie myślę o odmowie, o odrzuceniu. Patrząc na niego nie zastanawiam się czy dobrze wybrałam.
Całuje mnie w czoło i odsuwa lekko od siebie.
- Uchiha przetrwają zawsze, zapamiętaj - mówi, patrząc prosto w moje oczy, wpatrzone w niego bez pamięci. - Nie musisz się o to martwić. Dopóki żyję, zawsze znajdziesz tu schronienie.
- To zabrzmiało, jakbyś spodziewał się własnej śmierci - oponuję, ale on zbywa mnie uśmiechem.
- Chcę, żebyś zrozumiała, że Uchiha zawsze udzielą ci azylu.
- Twój ojciec nie był taki łaskawy - mówię, od razu żałując tych słów. Wzdrygam się, starając usunąć makabryczne sceny sprzed oczu.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - Unosi jedną brew, czekając. - Słucham.
- Nie powinnam.
- Powinnaś.
- Wiesz, czemu Konoha, a nie Ame, czy Kiri? - Spuszczam wzrok na jego lekko rozchylone usta, gotowe, aby zaraz znów złożyć mi propozycję nie do odrzucenia. Nie mogę na to pozwolić. - Orochimaru wysłał mnie tu, ponieważ miał być to dla mnie test.
- Test czego?
- Człowieczeństwa. - Czuję jego zszokowane spojrzenie błądzące po mojej twarzy. Źle się z nim czuję. - Rina zginęła rok temu.
- Wiem.
- W płomieniach.
- Wiem.
- W płomieniach twojego ojca. - Zaciska palce na moich ramionach, a ja w końcu znów patrzę w jego czarne tęczówki wyrażające czyste niedowierzanie. - Spotkaliśmy się przypadkiem, podróżując do Kiri. Zobaczył nasze opaski i bez zastanowienia podpalił las. Rinę przygniotło jedno z drzew. Zatrzymana poprzez jutsu swojego poplecznika, całkowicie unieruchomiona jedynie słyszałam jej krzyk. Długo krzyczała, jak na człowieka palonego żywcem.
- J-jak? - szepcze, ale ja już nie mam siły, aby dalej o tym opowiadać. - Dlaczego mówisz mi o tym dopiero teraz?
- Bo Uchiha nigdy nie będą dla mnie domem. - Przełykam ślinę, przełykając gorzką gulę jego rozczarowania. Doświadczam go wręcz namacalnie. - A ty powinieneś wiedzieć.
- Skąd pewność, że był to mój ojciec? - wykrztusza, ciągle trawiąc zasłyszane przed momentem informacje. Nie dziwię mu się.
- Znak Uchiha na jego kamizelce spływał krwią mojej siostry. Zapamiętałam jego twarz, a Orochimaru bez problemu przypasował do niej odpowiednie imię.
- I dlatego akurat Konoha?
- Miałam nauczyć się żyć obok ludzi, których najbardziej nienawidzę, którym życzę śmierci, nabrać pokory i wyzbyć się człowieczeństwa domagającego się zemsty.
- Nie zdawałem sobie spraw…
- Wiem, i za nic cię nie winię - odpowiadam. - Jesteś tym, który umożliwił mi zrealizowanie tego celu chociaż w części.
- Dziewczyno, nie masz pojęcia, jak cholernie komplikujesz moje życie. - Przylegam do niego, wdychając jego zapach. Staram się godzić z rozkazem powrotu, ale nie mogę się na to zdobyć. Jedyne, co echem rozbrzmiewa w moim umyśle, to bunt.
- A jak ty komplikujesz moje?
- Słuchaj. - Cofa się o krok. - Ta bransoletka - wskazuje na swój nadgarstek - jest dla mnie bardzo ważna. - Zdejmuje ją powoli i chwyta w dwa palce. - Nadal nie mogę uwierzyć, że mój ojciec mógł zrobić coś takiego. Idę teraz, aby to wyjaśnić. - Bierze moją dłoń w swoje. - Wiem, jak ważna była dla ciebie Rina, bo dla mnie tak samo ważny jest Itachi. - Zakłada bransoletkę z rzemyków na moją rękę. - Miała symbolizować “braterską więź”, jak to sprytnie nazwałem. W ogóle był dzisiaj jakiś dziwny, ale w tych okolicznościach… po prostu chcę, żebyś ją wzięła.
- Ale przecież jeszcze się nie żegnamy, tak? - Unoszę głowę, a on obarcza mnie zaszklonym spojrzeniem pełnym nadziei i zawodu w jednym. Ledwo daję radę je utrzymać.
- Oczywiście, że nie.
- Za dwie godziny już mnie tu nie będzie - odpowiadam szybko.
- Spakuj się i przyjdź na Unmei. Będę tam czekał. - Jest niespokojny, wyczuwam jakieś niebezpieczeństwo. Nie wiem, dlaczego. Mimo tego krąży nade mną widmo jakiegoś dziwnego nieszczęścia. On wygląda, jakby właśnie się z czymś pogodził, jakby podjął jakąś ważną decyzję. Chyba nie chcę znać jej konsekwencji.
- W takim razie do zobaczenia - mówię, a on całuje mnie krótko i odwraca się.
- Do zobaczenia, mała - rzuca przez ramię i wskakuje na dach najbliżeszego budynku. Oddala się, po chwili niknąc między zabudowaniami.
Po dwudziestu minutach skarpa nad jednym z bardziej rwących odcinków rzeki majaczy na moim horyzoncie. Przychodzę na Unmei od innej strony niż zwykle. Zręcznie mijam większą część dzielnicy Uchiha, unikając ewentualnego spotkania z niepożądanymi ludźmi. W sumie zawitałam tam tylko dwa razy, i to jeszcze nocą, więc tym bardziej ryzyko nie wchodzi w grę.
Otaczająca cisza wcale nie działa na mnie uspokajająco. Czuję coś ciężkiego w powietrzu, ale nadal idę. Nie mogę się doczekać, aż go zobaczę. Rozpiera mnie radość na samą myśl, jednak gdy tylko wspinam się na szczyt skarpy zamieniam się w niezdolną do wykonania ruchu bryłę lodu. Moje szczęście rozpada się na miliony kawałków.
To, czego jestem świadkiem, zmienia mnie bezpowrotnie.
Widzę go stojącego na krawędzi przepaści. Obok niego jest ktoś jeszcze, coś do niego mówi. Stawiam krok, chcąc przerwać ich rozmowę, kiedy on niespodziewanie unosi dłoń i dwoma palcami dotyka czoła nieznajomego. Niezdarnie potykam się o własne nogi, upadając na kolana. Szybko unoszę głowę, ale widzę już tylko, jak jego bezwładne ciało spada w przepaść. Chcę krzyczeć, ale nie znajduję w sobie tyle siły. Umiem tylko bezładnie patrzeć na jego oprawcę, który obraca się w moją stronę, choć zdaje się mnie nie widzieć.
I już wiem, kogo nienawidzę bardziej, niż jego ojca.
Śmierć jest jedynym, w czym są doskonali.
Oni.
Uchiha.


Zerwałam się do siadu, szybko nabierając do płuc kolejne porcje powietrza, które ulatywało ze mnie jak z przebitego balonu. Złapałam się za krtań, krztusząc. Otworzyłam szeroko oczy i próbowałam uspokoić szalejący oddech. Drastyczny sen, przerwany spojrzeniem niosącym śmierć, przestraszył mnie do żywego. Dawno nie miałam tak realnego wspomnienia, wszystkich szczegółów podanych na tacy. Czułam, jak na moich plecach tańczyły obślizgłe, obrzydliwe  dreszcze.
Uniosłam dłoń, chcąc położyć ją na plecach Itachiego - tego, którego oczy przyprawiły mnie przecież wtedy o nienaturalny wręcz lęk, teraz chcąc znaleźć u niego pomoc.
Dotknęłam pustki.
Szybko rozejrzałam się po pokoju, i gdy w końcu pojęłam prawdę zacisnęłam pięści, krzycząc na całe gardło. Wyskoczyłam z łóżka, szukając rozrzuconej po podłodze bielizny, a poziom adrenaliny w moim ciele wzrósł gwałtownie, prawie rozpruwając żyły. Wcześniej mu nie uwierzyłam, ale teraz znów przekonałam się, że Uchiha Itachi nigdy nie kłamał, szczególnie, gdy dawał ci bilet w jedną stronę.
Wściekła podeszłam do biurka i kiedy myślałam, że nie mógł sponiewierać mnie bardziej, niż pozostawiać bez pożegnania na pastwę losu, wzięłam do ręki kartkę.


Nie szukaj mnie. Po prostu odejdź, zapomnij. Nie wracaj do tego, co było, bo do nieistotnych wspomnień nie warto wracać. Zniknij i spal ostatni most. Upadki wcale nie są takie bolesne, o ile wiesz, jak upadać.
I


Byłam pełna wściekłości; wściekłości i nienawiści. Jakim prawem mógł potraktować mnie w ten sposób? Jakim prawem ja dałam potraktować się w ten sposób? Jakbym nie miała dumy, honoru. Ubodło mnie to do żywego.
Najpierw potrzebował na gwałt wytworzonej przeze mnie wody, mdlał, tracił zmysły, aby potem bezczelnie odejść! Nie tego po nim oczekiwałam, nie tego się spodziewałam. Zwykły zawód to za mało, bo ten normalny po prostu boli. Przypomina o sobie na każdym kroku, wbijając w serce szpilę, rozdzierając ranę przy najmniejszym choćby ruchu. Ale ten wznieca nienawiść, każdy, najgorszy rodzaj zawiści, która prowadzi jedynie do obiecanej przed laty krwawej zemsty.
Nagle przypomniałam sobie wszystkie tłamszone uczucia odrazy, chęci mordu na sam jego widok, bo byłam zraniona, cholernie, a jedyną pozostałą w użyciu opcją obrony był atak. Właśnie to zajęło teraz moje myśli i z powrotem wskoczyło na pierwsze miejsce. Nie po to tyle lat straciłam na przebywaniu z nim, aby stracić to z dnia na dzień, bo “on tak chce”. O nie.
Nadszedł czas, abym to ja mówiła, czego chcę.
Rzuciłam list, szybko ubierając pozostałe ciuchy. Wybiegłam z sypialni, kierując się do lochów, jednak na widok pustej celi załamałam ręce. Byłam rozdrażniona, zła. Miałam ochotę zabijać.
Uderzyłam pięścią w ścianę, przypominając dlaczego w Oto miałam go za nikogo, dlaczego gardziłam nim i poniewierałam w myślach na każdym kroku. Czułam, jakby ktoś właśnie zdjął ze mnie jakąś osłonę, barierę. Przecież on wybił całą swoją rodzinę, zabił w tym Shisuiego.
- Jak mogłam dać się tak omotać? - Oparłam głowę o zimną ścianę. - Porzucić zemstę dla… - Już nawet nie mogłam przytoczyć tego słowa.
Wiedziałam jedynie, że muszę go znaleźć, ale nie po to, aby prosić go, by cofnął swoją decyzję. Mnie nie robi się takich rzeczy, nie traktuje się, jak ścierwa, kiedy nie zasłużyłam. Dopuszczenie do świadomości faktu stracenia własnej godności boli, tym bardziej po takim czasie.
Tak, jak on byłam człowiekiem trochę niezrównoważonym, trochę szalonym, ale świetnie się z tym kryjącym. Powiedziałam sobie basta i puściłam wodze opanowania całkowicie. Niszczyłam wszystko, co wpadło mi w ręce, drąc się w niebogłosy.
- Nie otworzyłam się przed tobą, żebyś znikał! Nie dałam ci tyle siebie po to, żebyś ze mną, do cholery, igrał! - Zrzuciłam lampkę ze stolika nocnego, znajdując się już z powrotem w sypialni. - Przysięgam ci Uchiha, że jeśli jeszcze kiedyś cię zobaczę, a zobaczę, to stanę z tobą do walki. - Utworzyłam nad jego listem małą chmurę, z której kapiący deszcz moczył papier, rozmazując litery. - Na śmierć i życie, Itachi. Na śmierć i życie.
***
Tydzień później mój zapał wcale nie osłabł, a wręcz urósł do gigantycznych rozmiarów. Miałam dużo czasu na przemyślenia i wykorzystałam go należycie, podsycając nienawiść. Shisuiemu należała się pomsta, śmiercionośna i krwawa. Nie obchodziły mnie już pobudki Itachiego, pieprzenie o niszczeniu więzi przestało satysfakcjonować. Zabił, to zabił. Nieważne dlaczego. Zatarłam w to kilka dni granicę między zabójstwem, a morderstwem. Każda śmierć jest taka sama - słuszna czy nie, każda ma tylko dziesięć  sekund. To reguła, od której nie ma wyjątku.
Zostawił mnie, jako pustą skorupę, zabierając wszystko ze sobą. Ale spokojnie, pieczołowicie wypełniałam ją chęcią zemsty. Potrzebowałam jedynie na to trochę więcej czasu. Nienawiść przecież wymagała pielęgnacji.
- Piwa! - krzyknęłam na kelnera, uwijającego się w pocie czoła w drugim końcu sali.
Mała przydrożna tawerna nie zachęcała potencjalnych gości do zatrzymania się i zamówienia gorącej strawy, w sam raz dla odpoczynku po długiej podróży. Była stara, a w środku dało się czuć zgniliznę hodowaną z trudem przez ostatnie trzydzieści lat.
Jednak moją uwagę przykuł mężczyzna siedzący w kącie. Oparty łokciami o stół powoli popijajał piwo. Wpatrywał się we mnie przenikliwie od ponad piętnastu minut. Świdrował spojrzeniem moją sylwetkę, o czym doskonale wiedziałam i korzystając z okazji, niby z powodu panującego w pomieszczeniu gorąca, rozpięłam dwa górne guziki koszuli i również oparłam się wygodnie o oparcie kanapy. Czując na sobie jego wzrok, powoli sięgnęłam po kufel, postawiony przed chwilą na stoliku przez kelnera. Gdy pracownik odsunął się, jego miejsce zajął tajemniczy gość.
- Co tak piękna kobieta robi w takim miejscu? W dodatku sama? - Miał może z trzydzieści lat, jednak trzymał się wyśmienicie. Delikatny zarost na twarzy pasował do ciemnej barwy jego oczu, wciąż wpatrujących się we mnie z jednym tylko zamiarem.
Westchnęłam cicho, upijając kolejny łyk.
- Szuka - odpowiedziałam, a jego twarz rozjaśnił przebiegły uśmiech.
- Czego? Jeśli można wiedzieć. - Bez pytania o zgodę usiadł obok. Poczułam zapach orzeźwiających, męskich perfum. Spodobały mi się.
- Z pewnością nie ciebie, ale jeśli już się zjawiłeś… - Nie urywając kontaktu wzrokowego, delikatnie dotknęłam jego kolana, na co prowokująco spojrzał w moje oczy.
- Jesteś dość bezpośrednia. - Nie wyczułam w tym obelgi. Po prostu stwierdził fakt, o którym zdawałam sobie sprawę praktycznie od zawsze. W takich momentach tym bardziej mi to nie przeszkadzało.
- Lubię klarowne sytuacje.
Nadal nie zabrałam ręki, a on nie wydawał się być niepocieszony. Brązowe oczy śmiały się do mnie przyjemnie. Moje usta również wykrzywił uśmiech, jednak nie dosięgnął on oczu. Pozostały szare i wyblakłe, już niedostępne.
- Myślę, że możemy coś na to zaradzić - odparł, kładąc swoją dłoń na mojej, przysuwając się bliżej.
- Byłabym skora się skusić.
- Mam wynajęty pokój na górze.
- To właśnie chciałam usłyszeć.
Dopiłam piwo do końca, pozostawiając na stole pieniądze. Mój towarzysz akurat wstał, puszczając mnie przodem. Skinęłam delikatnie głową, wymijając go. Machnął ręką na kelnera. Dał mu do ręki kilka monet, na co chłopak uśmiechnął się głupio.
No tak. Przecież nawet prywatność, brak zakłócania spokoju trzeba kupić.
- Wybacz to opóźnienie. - Mężczyzna wrócił do mnie, śmiało obejmując w pasie. Nijak nie zareagowałam. Nie odczułam podniecenia, chęci, niczego, ale szybko wyrzuciłam to na skraj umysłu, korzystając z chwili.
Podeszliśmy do jednego z pokoi na końcu korytarza. Otworzył drzwi, gestem ręki zapraszając do środka.
- Zaraz zobaczymy, czy było warto - powiedziałam i były to ostatnie wypowiedziane przeze mnie słowa tej nocy.
***
W porządku. Był to kolejny nieznajomy facet w ciągu tygodnia. Nie czułam się z tym szczególnie strasznie, bo generalnie jakimś dziwnym trafem przestałam interesować się czymkolwiek. Wyzbyłam się z siebie barier, które kiedyś z uporem maniaka wnosiłam ponad wszelką cenę. Zgorszyłam się, zmieniłam, upadłam - tak, tak, tak. Ale co było w tym najlepsze?
Całkiem mi to pasowało.
Musiałam mieć plan. Ściganie Uchihy bez niego mijało się z celem. Tylko dlatego siedziałam teraz przy ognisku, pieczołowicie zaznaczając na mapie miejsca, gdzie byliśmy, gdzie znajdowały się kryjówki Akatsuki, oraz miejsca określone przez niego “postojami” - jak dom Yervana.
Ogień powoli dogasał, temperatura coraz bardziej zbliżała się do zera, a ja do uśnięcia na siedząco. W końcu skończyłam kreślić mapę, dzięki czemu usatysfakcjonowana schowałam ją do plecaka. Gwiazdy na niebie w duecie z księżycem świeciły jasnym światłem, dzięki czemu mogłam bez problemu zgasić ognisko, nie pozostając w ciemności.
Tak też zrobiłam, po czym położyłam się w namiocie i zamknęłam oczy, chcąc i nie chcąc zapaść w sen. Tam byli zmarli, tam mnie dopadali. Uchiha też to robił. Niby żył, choć dla mnie już umarł. Bezpowrotnie.
***
- Świeże jabłka, świe…
- Młoda kukurydza, okazja!
- Kapusta w przecenie!
Przeklęłam pod nosem, przepychając się wśród tłumu handlarzy, rolników, pszczelarzy, sklepikarzy, a nawet sprzedawców dwutygodniowych jagniąt. Dzień Handlowy w Kusa-gakure równał się z samobójstwem - przedostanie się w tym czasie przez rynek, z cudem. W cuda nie wierzyłam, choć przedrzeć się musiałam.
Po dobrych dziesięciu minutach wydostałam się na wolność, biorąc głęboki oddech. Rozejrzałam się po niskich budynkach okalających plac. Banery różnej maści zakładów wręcz przepychały się między sobą, abym zwróciła na nie uwagę. Od natłoku hałasu, kolorów i ludzi bolała mnie głowa, a ból objawiał się jedynie wciąż rosnącym zirytowaniem, które - z takim tempem wzrostu - eksploduje lada moment. Mimo tego moja determinacja przeważyła szalę, i gdy tylko dojrzałam lokum zegarmistrza, zwróciłam się w tamtym kierunku.
- Proszę pani! - Spojrzałam pod swoje nogi, do których przylepiła się kilkuletnia dziewczynka. Dwa kucyki raźnie podskakiwały przy każdym jej ruchu, a uśmiech zdawał się być na tyle uniwersalny, aby rozweselić każdego. Oparłam się jego sile.
- Tak?
- Rozdaję kwiatuszki dobrym ludziom! - krzyknęła radośnie, wyciągając do mnie zza pleców małą konwalię ze złamaną łodygą. Widocznie dziecko musiało miętosić ją w palcach dość długo, bo kwiat ledwo trzymał się w pionie.
- Skąd pomysł, że jestem dobrym człowiekiem? - spytałam, lecz dopiero, gdy słowa wypadły z moich ust niczym nie zablokowane, zdałam sobie sprawę z faktu, że zadałam to pytanie może siedmioletniej dziewczynce.
- Bo ja to wiem! - Zasalutowała, robiąc groźną minę. - Pani jest dobra, tylko za mało się uśmiecha. - Wyciągnęła kwiatek w moją stronę. - To na uśmiech. Mama mówi, że trzeba się dużo uśmiechać. - Odwróciła się w lewo, gdzie na ławce siedziała kobieta z wiaderkiem identycznych konwalii, machając córce delikatnie ręką.
- Im dłużej będziesz tak myśleć, tym dłużej będziesz szczęśliwa. - Dopóki nie zdasz sobie sprawy z faktu, że to wcale nie działa - dodałam w myślach.
- Proszę. - Podała mi kwiatek i zadowolona odbiegła do matki.
Spojrzałam na zdewastowaną łodygę konwalii, która całą sobą krzyczała o pomoc. Białe dzwoneczki były jeszcze świeże, prezentując się znakomicie, jednak ich trzon przestał funkcjonować, przez co tak naprawdę straciły swój urok, ważność i byt, pozostając jedynie śladem, bezużytecznym wrakiem pięknego kwiatu.
Skądś to znałam.


Dzwoneczki nad drzwiami zakładu rozbrzmiały głośno, uprzedzając mnie samą. Pomieszczenie było małe, ciemne i pełne zegarów wiszących na ścianach. Co śmieszniejsze, wszystkie pracowały idealnie równo. Słyszałam tykające wskazówki, które brzmiały niczym jedna.
- Witam, w czym mogę pomóc? - Z zaplecza wyszedł otyły mężczyzna o przyjaznej twarzy. Jego usta okalała pokaźna, siwa broda w sam raz pod kolor oczu.
- Szukam Fatmy.
Staruszek spojrzał na mnie pogardliwie, groźnie łypiąc spod za dużych okularów.
- Już tutaj nie przesiaduje.
- Więc, gdzie mogę ją znaleźć?
- Na pewno nie tutaj - uciął zegarmistrz, na co podeszłam do lady, kładąc na niej mały woreczek.
- Gdzie?
- Zachodnia brama, poddasze “U Duniwy”. - Woreczek zniknął z moich oczu, na co skinęłam głową i opuściłam lokal.


Stojąc przed wejściem do tawerny, poprawiłam plecak i przetarłam spierzchnięte usta. Potrzebowałam się napić, i to szybko.
- Hej ja! - Gdy tylko postawiłam stopę w środku ktoś trącił mnie barkiem. - Hej, hej, hej! - Przede mną odbywały się tańce, w których uczestniczyła dość spora liczba osób. Korzystając z zamieszania przedostałam się przez tłum do strefy wolnej od hulanki. Wysoki sufit zgrabnie nadawał miejscu swobodny klimat. Bez zastanowienia podeszłam do baru, przeciskając się wraz z mało kulturalnym używaniem łokci.
- Szukam Fatmy. - Młody barman wskazał palcem odległy kąt sali.
Siedziała przy stoliku z dwójką mężczyzn. Nie odzywała się, gdy ci prowadzili zażartą konwersację. Jednak, kiedy tylko znalazłam się w polu jej widzenia, dziewczyna uniosła rękę i powiedziała coś, czego nie usłyszałam z tej odległości. Mimo tego towarzysze wstali, rzucając mi nieprzyjazne spojrzenia.
Podeszłam bliżej.
- Co cię tu sprowadza, Sheeiren?
Jeśli istniałaby dziewczyna najdelikatniejsza, najbardziej niepozorna i krucha, to byłaby niąwłaśnie Fatma. Ciemnofioletowe, długie  włosy opadające prosto na jej piersi lśniły wśród lamp, odbijając słabe refleksy. Gdy zobaczyłam ją po raz pierwszy, myślałam, że wysłano mnie na spotkanie z duchem.
- Interesy.
Machnęła prawą ręką, a długi, rozszerzany przy końcu rękaw zafurkotał cichutko. Zgrabnymi palcami poprawiła naszyjnik, ściśle przylegający do łabędziej szyi, obarczając mnie wzrokiem przenikliwie turkusowych oczu.
- Jakie to interesy jesteś skora robić po tylu latach?
Piegi na jej nosie jeszcze bardziej myliły ludzi. Praktycznie nikt nie był w stanie, przy pierwszym poznaniu nawet sugerować tego, że miał do czynienia z zimną, pozbawioną czasami wręcz sumienia, morderczynią. Zawsze ją za to lubiłam.
- Interesy wysokiej stawki.
- Życia czy śmierci?
- Śmierci.
Uśmiechnęła się lekko, w sposób, w jaki wąż rozwiera szczęki, by zaraz ukąsić ofiarę, wtłaczając w jej krwioobieg śmiercionośny jad. Dokładnie, jak Fatma.
- Zaczyna być interesująco - odparła, zakładając nogę na nogę. Jej długa do ziemi, szara suknia nigdy nie uniemożliwiała jej poruszania się, a co dopiero pracy. Wręcz przeciwnie. Ludzie tuż przed śmiercią uważali, że widzą anioła.
- Mam coś, czego nie miałam pięć lat temu.
- A dokładniej?
- Coś, co pozwala mi widzieć zmarłych.
Jej oczy błysnęły ciekawością, lecz szybko wróciły do stonowanej postaci.
- Masz coś do zaoferowania?
- Propozycję nie do odrzucenia.
- Mów więc.
Miała spokojny głos młodej dziewczyny, skórę niepokaraną żadną zmarszczką i diabelsko przenikliwe spojrzenie, któremu mało kto mógł się oprzeć, jeżeli jego właściciela postanowiła przemienić je w broń.
- Jak daleko posunęły się twoje badania w kwestii połączenia duszy z pamięcią?
- Nie zdradzę ci swoich wyników - odpowiedziała oschle, z nutą pogardy.
- A gdybyś mogła zobaczyć ulatującą z ciała duszę, stałabyś się bardziej rozmowna? - Oparłam łokcie o stół, pochylając się do przodu.
Kolejny błysk fascynacji.
- Jesteś w stanie mi to zaoferować?
- Niejednokrotnie.
- Udowodnij.
Cyniczny uśmiech pojawił się na moich ustach, wyłapawszy cień niecierpliwości w jej głosie.
- Więc kogoś zabij.
Poprawiła włosy powolnym ruchem, jakby w zastanowieniu.
- Chodź.
Wstała, a ja ruszyłam w ślad za nią. Kilkoro ludzi zwróciło na nas uwagę, jednak nikt nie zareagował. Mimo tego w lokalu zaprzestano tańców, zrobiło się jakoś ciszej, a nam zrobiono przejście wśród tłumu.
Od zawsze wiedziałam o autorytecie Fatmy w Kusa, ale najwidoczniej przez to kilka lat wzrósł on jeszcze bardziej.
- Czego potrzebujesz? - spytała, idąc w stronę przeciwną od rynku. Wydawała się płynąć po ziemi, stawiając małe, choć szybkie kroki. Jej suknia falowała delikatnie, oplatając jej szczupłe, blade ciało.
- Najpierw cię przekonam, potem powiem do czego.
- Grasz nieczysto.
- Znasz mnie nie od dziś..
Im bardziej oddalałyśmy się od centrum, tym mniej tłoczne stawały się ulice Kusa. Niskie, prawie jednakowe domki zaczęły być obdrapane, brudne. Ogródki niezadbane albo wręcz puste. Zbliżałyśmy się do jednej z “melin”. Byłam tego pewna.
Mimo wczesnej godziny czułam, że Fatmie nie potrzeba mroku, aby wykonywać mroczne czynności. W swoim fachu profesjionalizm ceniłyśmy obie, znając jego wartość.
- Czekaj. - Zatrzymałam ją przed wejściem do parterowego budynku na końcu ślepej uliczki. Dobrze wiedziałam, że to właśnie tam zademonstruję swoje umiejętności. - Potrzebuję twojej chakry.
- Co ty kombinujesz? - rzuciła, dumnie unosząc podbródek.
- Coś, o czym ci się nie śniło.
- Nie wiem, czy warto.
- Prosić się nie będę.
Z niechęcią podała mi dłoń.
- Twoja bariera nie pozwala mi wejść. - Dziewczyna uśmiechnęła się tryumfalnie. Aby pozbyć się jej dobrego humoru, wetknęłam jej w rękę kunai. - Działaj.
Spojrzała w moje oczy, i nie spuszczając ze mnie wzroku przecięła skórę.
- Działaj.
Fatma była nieufna. Od zawsze stroniła od ludzi, stając się totalną ousiderką, którą drażniła ludzkość, a w szczególności jej wady i głupota. Fatma posiadała pewną specyficzną wrażliwość, przez co nie potrafiła zawiązać jakieś trwałej więzi, bo po prostu wiedziała za dużo. Nie czytała w myślach, ale rozpoznawała emocje i doskonale wiedziała, kiedy ktoś obdarzał ją zdecydowanie nieprzyjemnym epitetem. Poznałyśmy się tylko dlatego, że nie potrafiła mnie przejrzeć - wciąż byłam zagadką.
Wzięłam ją za dłoń i zamknęłam oczy. Nakierunkowałam swoją chakrę do klatki piersiowej, gdzie część mojego ducha zasymilowała się z nią. Energia Fatmy wsiąkała we mnie jak w gąbkę, i gdy poczułam, że mam jej wystarczająco dużo, zerwałam kontakt.
- Co ty właśnie zrobiłaś? - Spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami, a ja wiedziałam, że poczuła zmianę i wcale nie był to fakt posiadania mniejszej ilości chakry.
- Nadal zainteresowana? - Uniosłam pytająco brew.
- Cholernie.
To, co zadziało się później trwało naprawdę bardzo krótko. Gdy weszłyśmy do mieszkania, mężczyzna, który siedział przy stole, zerwał się do biegu w stronę korytarza. Szybko wypaliłam na ręce Torappu, a ten zamarł w pół kroku.
Fatma rzuciła mi krzywe spojrzenie.
- Pozerka.
- Zrób to szybko.
Sięgnęłam za pasek po fiolki z magazynowaną przez lata chakrą. Otworzyłam małą saszetkę, i to co tam zobaczyłam - a raczej to czego nie zobaczyłam - wprowadziło mnie w furię. Autentyczną. Chciałam rozerwać Itachiego własnymi rękoma.
Dlatego tak spokojnie odszedł, nie nalegając na mój deszcz, chakrę. Po prostu wziął sobie prawie całą.
- Wyskakuj z forsy, Jabel. Koniec żartów.
Krzyczał krótko. Zawsze lubiłam w Fatmie to wyrachowanie.
Krztusił się krwią, a dziewczyna zirytowana jego ociągniem się, skręciła mu kark. Szybko złapałam ją za rękę, tym razem upijając tylko trochę z fiolki, nie wykorzystując całego zapasu. Połączyłam moją duszę z chakrą, pozwalając jej na moment uwolnić się od ciała.
Duch Jabela wstał, był sinozielony. Stał chwilę w miejscu, patrząc na swoje dłonie. Jednak, gdy tylko uniósł wzrok, rzucił się na Fatmę. Przeniknął przez nią, znajdując się teraz za kunoichi. Jego nogi zaczęły znikać, a sekundę później jakikolwiek jego byt przestał istnieć. Pozostało jedynie ciepłe jeszcze ciało, leżące u moich stóp.
Zerwałam połączenie, puszczając rękę Fatmy. Wzięłam głęboki oddech, gdyż trochę osłabłam. Ta natomiast nie ruszała się, jakby była całkiem sparaliżowana. Wzdrygnęłam się, nie pozwalając myślom dostać się zbyt głęboko. Ktoś musiał zginąć. Potrzebowałam tego, aby zapewnić sobie wsparcie Fatmy.
Zabicie któregoś z Uchiha absorbowało bardzo wiele uwagi.
- Jutro w południe, tam gdzie dzisiaj - powiedziała fioletowowłosa, niezwłocznie opuszczając mieszkanie.
Spodziewałam się jakiejś reakcji, odzywki, choćby pyskówki. Jednak jeśli Fatmie Verlayan zabrakło stosownych słów… przestałam się martwić. Wiedziałam, że moje wojsko liczyło już łącznie dwie osoby.
Szybko wyszłam na ulicę, jednak jej już tam nie było. Wróciłam po śladach do tawerny, mając zamiar w spokoju tam usiąść, przeliczyć pieniądze i uzgodnić coś klarownego w kwestii nadchodzącej niebawem podróży.
W środku powitała mnie ta sama duszna atmosfera. Starając nie zwracać na siebie zbędnej uwagi, przemknęłam zręcznie przez pomieszczenie, docierając do stolika, przy którym uprzednio siedziała Fatma. Rozsiadłam się wygodnie, zdejmując plecak oraz odkładając go na bok.
- Szklankę szkockiej - rzuciłam do kelnera, krzątającego się niedaleko.
- Razy dwa.
Moje oczy zabłysły, gdy miejsce na przeciwko mnie zostało bezpardonowo zajęte.
- Masz słabość do alkoholu - powiedział, opierając łokcie o stolik.
Patrzyłam się na niego z dumnie uniesioną głową. Tryskałam taką specyficzną… Tak, mogłam to nazwać zdzirowatością. Widziałam go jedynie raz, nawet nie miałam pojęcia, jakie nosił imię. Wiedziałam natomiast, że był dobry w łóżku - nic, czym można by się publicznie pochwalić.
- Zdarza mi się to nader rzadko - odparłam, zakładając nogę na nogę.
- Spotykam cię drugi raz, Piękna i drugi raz w tawernie. Nadal sądzisz, że to rzadkość? - Uśmiechnął się, a zarost na jego twarzy dodał mu drapieżności. Głęboko brązowe oczy nie przestały świdrować mojej sylwetki, ukrytej przecież w połowie za stołem.
- Spotykam cię drugi raz i drugi raz używasz względem mnie słowa “piękna”. Sądzisz, że jesteś po prostu nudny, czy to rzadkość? - Naprawdę pięknie się uśmiechał, a jego śmiech był przyjemny dla ucha. Cała jego pierś uniosła się, gdy tylko skończyłam wypowiadać pytanie. Nawet dość uroczo mrużył przy tym oczy. Tak, uroczo - ten epitet wcale nie odejmował mu męskości.
- Jeszcze bardziej chłodna niż ostatnio.
- Nie da się nie zauważyć.
- Dasz się zaprosić na obiad? - Uniosłam pytająco brew.
Powinnam stąd wyjść, powinnam… Nadal byłam wściekła na Itachiego. Z każdym dniem starałam się zmieniać miłość w nienawiść. Na wyciągnięcie ręki miałam gotowy, łatwy środek pod tytułem: “jak zapomnieć?”
Grzechem byłoby nie skorzystać.
- Zabrzmiało mniej konkretniej niż ostatnio. - Znów się uśmiechnął. Naprawdę chyba lubiłam, gdy to robił.
- Tak miało zabrzmieć.
Zobaczyłam za jego plecami kelnera.
- Prowadź.
Tym razem obdarzył mnie uśmiechem satysfakcji, na który odpowiedziałam własnym, trochę niepełnym, takim na siłę. O dziwo, nie wyglądał na zniechęconego.
Wstał i położył na tacce, z pełnymi szklankami, niesionej przez kelnera, banknot.
- Masz dziś swój szczęśliwy dzień, stary. - Poklepał młodego chłopaka po plecach, szarmancko wyciągając w moją stronę ramię. - Czy mógłbym?
- Zawsze zaczynasz znajomość postronnym seksem, a potem zamieniasz się w dżentelmena? - zadrwiłam, zakładając plecak.
- Jeszcze nie miałem okazji, także potraktuj to jako pierwszy raz. - Powiedział to takim tonem, że naprawdę uśmiechnęłam się szczerze, nie martwiąc się tym, że raczej wyglądało to jak grymas.
Ujęłam jego ramię. Dopiero wyszliśmy na ulicę, lecz on już pociągnął mnie we własną stronę.
- Co cię sprowadza do Kusa? - zagaił, kiedy mijaliśmy różnej maści stragany oraz zaganianych ludzi, którzy wciąż tłumnie wlewali się na rynek.
- Interesy - powiedziałam, walcząc z jakimś dziwnym uczuciem, jakby czymś na kształt zdrady.
Wcześniej, nie tylko przy nim, też to czułam. Jednak traktowałam seks jako czynność, dzięki której mogłam odlecieć, dzięki której napięcie opuszczało moje ciało na trochę dłużej niż pół minuty. Jednak teraz, w takim prostym, ludzkim geście, jak chodzenie pod rękę, coś obudziło we mnie wątpliwości.
- Wciąż szukasz?
- Nieustannie.
Dziwiłam się, że zapamiętał naszą rozmowę. Spotkanie nie było pełne słów, choć i tak nie spodziewałam się, że zapadło mu w pamięć coś tak nieistotnego.
- Jesteś chociaż na tropie?
- Dalej niż bliżej.
Wdychałam ciepłe powietrze, bo pogoda w Wiosce Trawy należała raczej do tych, gdzie chłód wita dość sporadycznie. Miałam jednak ogromną ochotę się wykąpać i przebrać. Naprawdę, bardzo tego potrzebowałam.
- A ty co robisz w Kusa? - spytałam, chcąc wiedzieć o nim choćby cokolwiek.
- Mieszkam, choć obecnie, tak jakby, wyrzucono mnie na zbity pysk - zaśmiał się, a ja spuściłam oczy, aby nie zobaczył, że i ja lekko się uśmiechnęłam.
- Niewierni mężczyźni z reguły tak kończą.
- Z nikim ślubu nie brałem, ty zresztą też.
- A skąd ta pewność? - rzuciłam, ciekawa jego odpowiedzi.
- Jesteś w tym za dobra, żeby robić to non stop z jednym.
Albo po prostu ten jeden był cholernie dobry w dawaniu nauk  - pomyślałam skwapliwie.
- Powinnam odebrać to jako komplement?
- Jak najbardziej.
Skręciliśmy w prawo w mniej zatłoczoną uliczkę.
- Pozwól, że najpierw wskoczymy do pokoju, który wynajmuję.
- A co będziemy tam robić?
- A to już zależy do ciebie. - Spojrzał na mnie prowokacyjnie, a ja już wiedziałam, że jeśli i tak miałam czekać na decyzję Fatmy do jutra, to nadszedł czas, aby jakoś dotrwać do jutrzejszego południa w całkiem przyjemny sposób.
Weszliśmy do przyjaznego, białego holu pełnego luster. Jęknęłam, gdy zobaczyłam się w jednym z nich. Wyglądałam, jakbym właśnie urwała się ze stodoły, a do pełnego wizerunku brakowało mi jedynie zardzewiałych wideł. Moje włosy urządziły sobie makabryczne tango we wszystkie strony, ubrania pomiętosiły się, jakby ktoś im za to słono zapłacił, a twarz… lepiej nie komentować.
- Zapraszam. - Wskazał na, również białe, schody.
Skinęłam głową, idąc na górę. Otworzył trzecie drzwi od prawej, przepuszczając mnie w przejściu. Pojawiliśmy się w przestronnym, urządzonym z gustem pokoju. Duże łóżko z baldachimem zajmowało miejsce pod ścianą, na przeciwko wyjścia na balkon.
- Gdzie tu jest łazienka? - Rozejrzałam się dykretnie.
- Tam i pierwsze na lewo - powiedział, a widząc moją minę dodał. - Korzystaj do woli.
- Skąd wiesz, że nie jestem zwykłą złodziejką, nie zaszyję się tam, aby poderżnąć ci gardło, aby potem uciec? - mruknęłam przez ramię.
Doskonale wiedział, że to nieprawda, jednak chciałam zobaczyć jego reakcję.
- Nawet jeśli, byłabyś najseksowniejszą złodziejką, jaką w życiu widziałem. Dałbym się okraść po dobroci. - Przygryzłam dolną wargę, blokując śmiech. W ogóle go nie znałam, a już wyzwolił we mnie więcej radości, niż...
Skarciłam się w myślach, wchodząc do łazienki.
Umyłam włosy, korzystając z hotelowego mydła i szamponu. Fakt - były to męskie kosmetyki - ale nie przeszkadzało mi to w ogóle. Widział mnie już nago, więc na pewno nie cofnie się tylko dlatego, że nie pachnę tak jak zwykle - pomarańczą. Zresztą, skąd on mógł o tym wiedzieć? Widział mnie przecież wcześniej zaledwie raz.
Pokręciłam głową, nie wierząc do końca w to, co właśnie robiłam. Miałam zamiar wskoczyć do łóżka drugi raz temu samemu facetowi, nadal nie znając jego imienia. Uchihę skutecznie wypychałam poza granice umysłu, chcąc dalej grać i udawać, bo najwidoczniej szło mi to znakomicie.
Wyszłam na mały chodniczek, a widząc na pralce poukładane męskie podkoszulki bez wahania podebrałam jeden z nich. Był czarny, bez żadnych rozmiarów i zdecydowanie na mnie za duży, idealny.
Odwróciłam się  szybko w stronę drzwi, kiedy usłyszałam odgłos naciśniętej klamki.
- Nie zmieniaj tych ciuchów - powiedział, bezwstydnie lustrując moje ciało. Uniosłam lekko głowę, udając, że mnie to nie rusza, że byłam zdecydowanie pewniejsza, niż byłam naprawdę.
- A co z obiadem? - zapytałam od niechcenia. Szczerze, to nie miałam ochoty opuszczać tego mieszkania. Spodobało mi się.
- Zostaw to mnie.
Spojrzałam na niego. Pozwolił swojej czarnej koszuli luźno zwisać oraz rozpiął jej dwa górne guziki. Spodnie opuścił nisko na biodra, na co uśmiechnęłam się trochę zbyt bezczelnie.
Z ociąganiem, nie odrywając ode mnie wzroku zniknął w korytarzu.
Umyłam szybko twarz, rozczesałam długie włosy, nie ograniczając ich kucykiem. W całym moim życiu bardzo pilnowałam, aby zawsze je spinać. Wersję rozpuszczoną znał jedynie Itachi. Czas było nadać tej sytuacji neutralny stan, aby przestała być już wyjątkowa.
- O - wyrwało mi się, gdy z powrotem pojawiłam się w sypialni. Postawiłam plecak przy jasnej komodzie, spoglądajac na wózek z pełnymi półmiskami. - Załatwiłeś to dość szyb… - Poczułam mocny chwyt od tyłu na biodrach.
- Tak, jak obiecałem.
Jego ciepły oddech owiał moją szyję, a ja poczułam, jak w dolnej części mojego  brzucha zbiera się napięcie, które aż samo błagało, aby je uwolnić. Jego usta dotknęły mojej skóry. Były cieplejsze, bardziej delikatne niż jego.
Odrzuciłam te myśl.
Musiałam się skup…
Odwrócił mnie niespodziewanie przodem do siebie, dosięgając moich warg. Poczułam kiełkujące w środku ciepło. Naparł na mnie, przez co zaczęłam się cofać, aż nie upadłam plecami na miękki materac, niknąc w pierzastej kołdrze.
- A jedzenie? - zapytałam, choć dobrze znałam odpowiedź.
- Nie ucieknie.
Tym razem zapamiętałam tylko jego uśmiech. Był nowy. Nowy, bo szczery.


Godzinę później nadal leżeliśmy w łóżku. Cisza okalająca nas z każdej strony uspokajała, pozwalała swobodnie pomyśleć, choć raczej nie wywoływała ciężkiego poczucia winy. Miałam je, co oczywiste, jednak każdą możliwą bronią starałam się zabić ich nadmiar w zarodku. Tak. Starałam się, to dobre określenie.
- Jedzenie ostygło - powiedziałam, chcąc przerwać milczenie.
On jednak wciąż gładził moje ramię, gdy leżałam przytulona do jego torsu, który nie odbiegał tak bardzo od tego Uchihy. Miałam się w co wtulać. Nawet zaczęłam się zastanawiać, czy czasem nie był shinobi.
- Zamówić nowe?
- Masz aż tak dużo pieniędzy?
- Wydaję je tylko wtedy, kiedy warto.
Och, był taki romantyczny w tych tekstach, na które każda normalna kobieta reagowałaby zachwytem i za nic nie uciekła z jego ramion na rzecz jedzenia. No cóż. Ja wstałam.
- Czuję się opuszczony - mruknął, podkładając rękę pod głowę.
- I tak czuć się powinieneś.
Założyłam na siebie jego czarną koszulkę i podeszłam do wózka. Nabrałam na talerz jakiejś potrawki mięsnej, ryżu oraz surówki. Zadowolona wróciłam na łóżko i usiadłam po turecku, nakrywając nogi kołdrą.
- Jesteś bardzo… specyficzna - powiedział, bez przerwy szukając mojego wzroku.
- Co masz na myśli?
- Jeszcze nie poznałem kobiety, która bez skrępowania wyszła spod prysznica i pozwoliła, żebym widział ją nieprzygotowaną, i która w taki niekonwencjonalny sposób z powrotem wskoczyła mi do łóżka, z taką jedynie różnicą, że z talerzem w ręku, i jadła, nie przejmując się mną obok - powiedział na jednym tchu, co skomentowałam cichym westchnieniem.
- Musiałeś w takim razie spotykać dziwne kobiety.
- Bolało, jak spadłaś z nieba?
O mało nie zadławiłam się kawałkiem kurczaka, a on wybuchł takim śmiechem, że zastanawiałam się, dlaczego jeszcze się nie udusił. Co gorsza, ja też zaczęłam się śmiać.
- Wybacz, ale nie mogłem się powstrzymać - powiedział, nie cichnąc.
- Przez ułamek sekundy myślałam, że ty tak naprawdę…
- Tak nisko mnie cenisz?
- To się okaże.
Wstałam i założyłam bieliznę. Odłożyłam talerz na wózek, a on już stał obok w spodniach dresowych i niebezpiecznie pociągająco nieułożonymi włosami.
- Nadal lekko nurtuje mnie fakt, że nie znam twojego imienia.
Zaczął nakładać sobie jedzenie.
- Lubisz wiedzieć, z kim sypiasz?
- Z reguły. - Posłał mi senny uśmiech, który od razu pokazał się w jego oczach.
- Prowadzisz jakiś spis?
Objął mnie jedną ręką w talii.
- Rzetelną kartotekę.
Zbliżyłam się, chcąc go pocałować. On również nachylił się, aby sięgnąć moich ust, ale w tym momencie drzwi do pokoju otworzyły się gwałtownie.
- Ty pieprzony, seksistowski, egois… Sheeiren? - Fatma stojąca w drzwiach patrzyła na nas głupkowato, lecz to we mnie wlepiała natrętny wzrok.
- We własnej osobie - mruknęłam, a on spiął się, gwałtownie biorąc oddech.
- Masz na imię Sheeiren?
- Yhym.
- Imai? - mówił z coraz większym niedowierzaniem.
- Ano.
- Boże, nie wierzę. - Puścił mnie, odstawiając talerz na wózek. Złapał się za głowę, ciesząc jak dziecko. - Spałem z tą Sheeir...
- Stoi przed tobą ta Fatma, także spuść z tonu, a jak nie, to ulżyj sobie w łazience. - Dziewczyna fuknęła zimno, a ja miałam wrażenie, że coś mnie ominęło.
- Tyle o tobie słyszałem - zwrócił się do mnie. - To naprawdę ty?
- A czego się spodziewałeś? - mlasnęła Fatma. - Że będzie niską, grubą i brzydką feministką?
- No na pewno ni…
- Nieważne. - Machnęła ręką. Nie wiedziałam, czy odebrać to zajście jako przytyk.
- A skąd ta fascynacja, jeśli można spytać? - mruknęłam, nadal nie wiedząc, co ze sobą zrobić.
- Dwa lata temu rozwaliłaś sama cały oddział z Wodospadu! Dziewczyno, w tej wiosce jesteś legendą!
- A-aha. - Podrapałam się po karku, czując się cholernie niezręcznie. On na to znów objął mnie w talii, na co mu pozwoliłam nawet przy Fatmie.
“Bo w sumie, czemu nie?”
- Ktoś wie, że tu jesteś? - spytała, na co zmarszczyłam brwi.
- Nie.
- Może jednak? - Wskazała głową na balkon.
Gdy tylko spojrzałam za siebie, od razu przeszły mnie dreszcze. Nie spodziewałam się widoku stojącego na balustradzie, czarnego, wręcz smolistego i znajomego kruka. Zwiastował on jedno, świadczył jedno. Był taką… jego zapowiedzią, przedwczesnym poinformowaniem. To tak, jakby sam zapukał do drzwi, oświadczając swoje przybycie.
A jego przybycie mogło nieść za sobą jedynie cierpienie.


***
Bardzo szybko dodaję ten rozdział. W sumie nie wiem, dlaczego robię to tak od razu. Powinnam poczekać jakieś dwa tygodnie, mieć zapas. Wiecie, przecież chcę tylko komentarze i lajki, więc tym bardziej czas działa na moją korzyść. Jestem przecież okropną “suką blogspotu”. Ale cóż, trzeba z tym żyć i z tego powodu notkę dodaję właśnie teraz, a co :3
Mam nadzieję, że taka odmienność służy Kessh. Ciągła jatka Itachiego i Shee byłaby nudna. W kółko rozpacz, ból itp, itd. Czas na trochę rozrywki.
Takie retrospekcje pasują? Korci mnie, żeby wrzucić ich jeszcze trochę, wciąż o tym myślę, a jak wyjdzie zobaczymy.
Bywajcie!
CREATED BY
Mayako